Janek Trzcinowicz

Niedziela/Poniedziałek
EDYTOWANE

2:40am
Nie jestem dumny z tych późnych nocy i nieproduktywnych przedpołudni. Byłbym zupełnie innym człowiekiem, gdybym umiał chodzić regularnie spać. A może chodzenie regularnie spać wymaga innego rodzaju osoby niż jestem? Niezależnie, w którą stronę to równanie idzie, wspólnym mianownikiem jestem ja, niebędący w stanie utrzymać rygoru rutyny.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem do końca dopiąć swego. Brak dyscypliny w życiu osoby która próbuje się równać z gigantami, jest przeszkadzający. Samo staranie się i chęci nic nie są w stanie ugrać nawet na początku drogi życia, jeśli nie doda się do tego wszystkiego konsekwencji.
A teraz spróbuję zasnąć przy muzyce – zobaczymy czy napiszę coś rano.

8:06pm
Niesamowite, ile dzisiaj zrobiłem. I jaką przyjemność mi to sprawiło. Udawałem, że żyję a może mam skok energetyczny? Szczerze chciałbym pozostać w takim stanie, nie chciałbym po raz kolejny popaść w dno depresyjne. Takie miejsca nie są dla mnie dobre.
Dla zwykłej mojej satysfakcji oto mała lista rzeczy które dzisiaj zrobiłem:
I. Oczywiście napisałem ten dziennik – nie jest mi łatwo siadać do pisania w ostatnich czasach. Zwykle kończę w jakimś nieoczywiście głupim miejscu i nigdy nie kontynuuję. Przełamanie tego niezdrowego zwyczaju cieszy mnie tym bardziej.
II. Zorganizowałem i przeczyściłem swoje zdęcia. Usunąłem blisko siedem i pół tysiąca plików. Niesamowicie jest poczuć pewien rodzaj swobody jaki towarzyszy świadomości zawierają moje foldery.
III. A propos dysku, też go wyczyściłem i dużo lepiej nauczyłem się nim posługiwać. A na dodatek przy ćwiczeniu korzystania z Excela wybrałem dysk do kupienia na kopię zapasową.
IV. Poćwiczyłem Excela.
V. Sprofilowałem swoje konta w chmurze.
VI. Zainstalowałem większość potrzebnych aplikacji w taki sposób w jaki od dawna planowałem.
VII. Zadzwoniłem do taty.
VIII. Zadzwoniłem do mamy i przez godzinę rozmawialiśmy. Podsumowaliśmy naszą rozmowę „Z dupy wyszliśmy i przeszliśmy do dobroci”. Bo Tokarczuk napisała niepokojąco słaby felieton a skończyliśmy naszą rozmowę na temat Sorentino, który jest jednym z naszych ulubionych reżyserów.
IX. Załatwiłem od dawna męczącą mnie sprawę z kontem Spotify.
X. Udało mi się nawet parę słów z bratem zamienić.
XI. Zrobiłem pranie.
XII. Posprzątałem za współlokatora śmieci rozdziobane przez mewy na podwórku, a potem w spokojny sposób mu powiedziałem, że gdy wynosił worek na śmieci to zapomniał wsadzić go do śmietnika. Może to dziwna rzecz, żeby być z niej dumnym, ale patrzę na to z perspektywy swojego wybuchowego charakteru. Wiem, potrafię naskakiwać na ludzi gdy popełniają błędy. Często od razu pociąg moich myśli pędzi 2000km/h i wyprzedza fakty…w efekcie dochodząc do telefonu albo do czyichś drzwi, w mojej głowie, jestem już 3 razy po kłótni, w której dana osoba jest „wredna i głupia, i uparta, i straszna”. Zmiana w moim typowym zachowaniu jest miło zaskakująca.

Odniosę się do wcześniej wspomnianego artykułu Olgi Tokarczuk, która stała się ‘naszą’ od czasu otrzymania Literackiej Nagrody Nobla. Tak więc, Nasza Olga postanowiła napisać kilka linijek dotyczących tej niecodziennej acz już lekko zaznajomionej sytuacji. Mówię oczywiście o wirusie CoVid-19, potocznie nazywanym ‘koronawirusem’. Jestem świeżo po drugim czytaniu dzieła Naszej Noblistki i nawet nie wiem gdzie zapoczątkować swoją krytykę- co nieco tylko konstruktywną.
Może od słowa Banał, które przyszło mi od razu na myśl podczas mojego pierwszego czytania. Nasza Tokarczuk rzuca frazesami prawie tak umiejętnie, jak wprawiony polityk liczący na przedłużenie swojej kadencji. Z tekstu bije zaskakujący brak wyobraźni słownej, ale również wyobraźni tak w ogóle. Zdania o niciachłączących nas wszystkich w jedną całość lub zależności pomiędzy wszystkimi żyjącymi istotami szczególnie mnie bolą, gdyż czyta się te paragrafy niczym wpis na blog nastolatki próbującej pisać tak samo, jak w jej ulubionej książce, zamiast zdobyć się na odrobinę oryginalności.
Inną kłującą moje literackie serce rzeczą są pewne założenia rzucane bez żadnej rozwagi przez autorkę felietonu. „Kiedy dowiedziałam się o zapobiegawczej kwarantannie, poczułam coś w rodzaju ulgi i wiem, że wielu ludzi czuje podobnie, choć się tego wstydzi” jest stwierdzeniem, moim zdaniem, w gruncie rzeczy obraźliwym. Nie tylko dlatego, że ego Naszej Olgi pozwoliło jej na patronizowanie wielu osób, ją samą stawiając na piedestale jako przykład do naśladowania. szczególnie gnębi mnie hipokryzja tego zdania w kontekście tego co Nasza pisze w drugiej połowie swojego wywodu krytykując zamykanie granic. Po pierwsze, należy się zdecydować czy kwarantanna ulgę przynosi czy nie przynosi, a następnie proszę przestać wywyższać się nad innych ludzi. Nic jeszcze nikogo świętym nie uczyniło a na pewno nie Nobel.
Większość osób w moim otoczeniu to introwertycy, doceniający ciszę własnego domu oraz możliwość pracy zdalnej. Jestem jednak świadomy, że przyjęty przeze mnie i moich znajomych styl życia, nie jest jedynym prawidłowym. Każdy jest inny, dlatego pisanie w imieniu milionów należy do manifestów lub artykułów naukowych i jest przywilejem rewolucjonistów, nie realistów neo-magicznych — Nasza Olgo…
Drugim założeniem, które piecze niczym rana posypana solą, jest fragment:

„Wirus przypomniał nam przecież to, co tak namiętnie wypieraliśmy – że jesteśmy kruchymi istotami, zbudowanymi z najdelikatniejszej materii. Że umieramy, że jesteśmy śmiertelni. Że nie jesteśmy oddzieleni od świata swoim „człowieczeństwem” i wyjątkowością, ale świat jest rodzajem wielkiej sieci, w której tkwimy, połączeni z innymi bytami niewidzialnymi nićmi zależności i wpływów.”

Po pierwsze, za dużo tego „że”, uciążliwego i nieestetycznego. A po drugie, w tym krótkim akapicie Nasza Pisarka wykazała się niebagatelną ignorancją społeczną. Może za bardzo pozwalam sobie analizować ten, w gruncie rzeczy, felietonowy tekst. Czy jednak osoba inteligenta, zaznajomiona z literaturą i posiadająca odrobinę chociaż empatii nie powinna wypierać z siebie świadomości kruchości istnienia? Omawiany cytat włożyłbym pomiędzy bajki mówiące o, wcześniej już krytykowanych, ‘niciach’ łączących nas wszystkich a bezproduktywne pytania filozoficzne. Martwi mnogość zdań świadczących o oderwaniu Naszej Olgi od rzeczywistości i braku znajomości jej własnych tekstów. Obowiązkiem pisarskim jest dogłębne redagowanie swoich prac, chociażby po to, aby zobaczyć czy samemu sobie twórca nie zaprzecza. Podczas lektury tego artykułu narosła we mnie obawa przed przeczytaniem stwierdzenia w stylu „Dzięki tej upiornej zarazie zrozumieliśmy, iż należy myć ręce, gdyż połączone są z całym naszym organizmem. Ten szary czas wytłumaczył nam, jak prawdziwe są działania wody i mydła promowane w naszym społeczeństwie przez wszystkich lekarzy od naszych niemowlęcych lat”. Może pozwoliłem sobie na puszczenie wodzów literackiej fantazji w tym przykładzie, jednakże mój strach był tak prawdziwy, jak blisko oryginału ten wymyślony cytat leży – czyli moim zdaniem bardzo.

2:52pm

Chodzi mi o to ciągłe „Nam”. Nie jestem zaznajomiony z dorobkiem Olgi Tokarczuk, nigdy nie czytałem żadnej z jej prac, więc nie jestem również uprzedzony. Jedyną informacją o autorce, jaką posiadałem przed przeczytaniem artykułu który jest przedmiotem tego wpisu jest fakt, że jest laureatką nagrody Nobla. Od takich ludzi będę wymagał jakości. Ponieważ są reprezentantami literatów, oraz świata literatury. Sama nagroda może o niczym nie świadczyć, jak to niektórzy argumentują, jednak fakt stoi jak byk na drodze — o nagrodach się mówi a Nobel jest naukowym Oscarem. Poza materialnymi zyskami, które można z tej dyskusji wyłączyć, taka nagroda daje przede wszystkim prestiż, renomę oraz potencjalnych czytelników. Nagroda staje się medium, poprzez które grono literackie przekazuje światu informację: „To jest nasz reprezentant; To chcemy przekazać światu; To się teraz dzieje w literaturze; na tym twórcy warto się wzorować i uczyć od niego”. Jeśli prace pani Olgi są tej samej jakości, co jej Frankfurterski felieton, świat zasługuje na znacznie więcej. Dlatego buntuję się przeciwko „Nam” które jest najtańszą, najprostszą i nadużywaną techniką perswazji. Używanym przez populistów, niegodnym pisarza środkiem stylistycznym. Stawia czytelnika w pozycji osoby, która musi się podporządkować „nam”, lub stać w rzędzie razem z „nimi”. Wszystko to składa się na hipokryzję, działającą na przekór tego, o czym Nasza Olga napisała w końcówce artykułu. Kapuściński też dużo o tym pisał, Podróże z Herodotem wyszły 16 lat temu jeśli Wikipedia mnie nie okłamuje.
Nie mam szczególnej ochoty opisywać wszystkich przewinień, jakie zauważam w tekście pani Olgi. Pomimo pewnej naturalnej przyjemności, jaką sprawia mi wyrzucenie z siebie odczuwanej frustracji, nie chcę, aby ktoś odniósł wrażenie, jakobym się znęcał nad biedną pisarką. Z tego powodu postanowiłem napisać w miarę szybką, błyskawiczną analizę elementów, które „rzuciły mi się do ” podczas czytania.
Przedostatni akapit jest po prostu stekiem bzdur i nieskończonych myśli bez rozwinięcia, nie oferujących nic, poza sianiem nieuzasadnionego strachu. Ostani, podsumowujący fragment, gdyby był żartem słownym o osobie nie rozumiejącej znaczenia słowa paradygmat, byłby całkiem niezły. Niestety, żart to nie jest, więc sprawia to wrażenie, jakby Nasza Olga żyła w świecie rewolucji przemysłowej, a nie w XXI wieku. Fakt istnienia teleportacji w czasie byłby prawie tak samo zaskakujący, jak zaskakuje to, że laureatka Nagrody Nobla napisała tak mierny felieton.
Z każdą kolejną lekturą przekonanie o miłości autorki do prozy Ryszarda Kapuścińskiego rośnie w mojej głowie. Jednak ciągłe mówienie o drodze i podróżach w dość oczywisty sposób wypada jako nienatchniona próba bycia oryginalnym. W pewnym momencie Nasza Noblistka przyznaje się nawet do braku własnej wyobraźni, mówiąc o nadchodzącej nowej rzeczywistości. Do tego kurczowe trzymanie się liczby mnogiej — nieubłagane „Nam” wisi nad tym tekstem niczym miecz nad Damoklesem — zagraża jakości całej przyszłej literatury światowej.
Większość ‘obserwacji’, jakie zamieszczone są w tym tekście, nigdzie nie prowadzi, a jeśli już to do bardzo niepoprawnych naukowo wniosków. Jak chociażby uwaga o młodzieży, która wyjdzie z domów, uzależniona od telefonów. Albo zupełnie wyssana z palca teoria o świadectwie braku tolerancji w Europie, jakim mają by być zamknięte granice. Lepiej, żeby wolny przepływ ludzi spowodował większe rozprzestrzenienie wirusa. Czasy w którym kreatywni ludzie bali się technologii, nowych doświadczeń oraz nauki powinny były już dawno minąć. Te pośpiesznie wyciągane wnioski sprawiają wrażenie jakby tekst był pisany na kolanie, nieprzemyślany, nudny i niebezpieczny.

Wszystkie zdania zaczynające się od stwierdzeń: „coś nam uświadomiło”, „pokazało” lub „przypomniało”, po pierwsze są stanowczo nadużywane, a po drugie (drugie jest ważniejsze) są świadectwem, jak niskie mniemanie ma Nasza Literatka o społeczeństwie lub jak mało uprawia myślenia na co dzień. Szczerze, nie wiem, którą odpowiedź bym wolał. Chyba tę pierwszą, bo sam nierzadko wypowiadam się negatywnie o głupotach świata w którym żyjemy, jednak w tym samym czasie nie próbuję ukrywać tego za pierwszoosobową liczbą mnogą. Rozumiem konieczność stosowania pewnych konstrukcji stylistycznych, nawet w tak uporczywie nieprzemyślanych felietonach, jednak nagromadzenie synonimów wyrażających tę samą myśl prowadzącą donikąd, jest zatrważająca.
Mam wrażenie, jakby ta lista kwestii irytujących nie była wyczerpująca. Zamieściłem jedynie przykłady najbardziej zachodzące mi za skórę. Zanim jednak przejdę do podsumowania, chciałbym, może przez przezorność, napisać kilka słów o moim tekście, ponieważ jego forma może trochę przeszkadzać niektórym, a sam również zacząłem się zastanawiać, czy może by nie skopiować tego co już napisałem i opublikować osobno, bez wstępu pamiętnikowego. Jednak, uznałem to wprowadzenie za potrzebny środek na ustanowienie tonu, w jakim chciałem się wyrazić. Nie jest moim zamiarem zbawianie kogokolwiek przy użyciu słów. Przyczyną powstania tego tekstu jest zryw mojego zmartwionego serca łamiącego się na widok świata literackiego, jaki jest budowany dla przyszłych pokoleń.
To powiedziawszy, nie pałam nienawiścią do pani Tokarczuk, życzę jej jak najlepiej, tak samo jak życzę światu literatury jak najwyższej jakości, takiej, na jaką zasługuje słowo pisane. Dzienniki są dziennikami, felietony felietonami a bzdury pozostaną bzdurami. Niezależnie, jak zaczaruje się rzeczywistość. Nie spotkałem się wcześniej z tak niskim poziomem pisarstwa prezentowanym przez literata o ustalonej renomie i mam nadzieję ponownie tego nie doświadczyć.

Cały felieton Tokarczuk wydaje się był pisany bezpośrednio po przeczytaniu któregoś z tekstów Kapuścińskiego. Ten sam rodzaj retoryki i porównań. Tylko użytych w znacznie mniej umiejętny sposób.

Janek Trzcinowicz: młody intelektualista, reżyser, eseista. Urodzony 11 grudnia 1998 we Wrocławiu. Studiuje „Media i Komunikację” na Walijskim Uniwersytecie Aberystwyth. Zrealizował krótkometrażowy, abstrakcyjny film komediowy „STUCK”, który w uniwersyteckim konkursie filmowym otrzymał nagrody za najlepszy film komediowy oraz za najlepsze aktorstwo. Wywalczył również drugie miejsce w 7 innych kategoriach (w tym za najlepszy film, scenariusz, montaż i reżyserię).
Jego krótkometrażowy film dokumentalny „The OtherSide of the Rebellion” był wyświetlany w Walii w kinie uniwersyteckim podczas gali filmów dokumentalnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *