Wywiad „Różowego Wodnika” z Justyną Lipecką, autorką niedrukowanej jeszcze powieści „Nad Bugiem”

Patronat Literacki nad powieścią objął Instytut DG

Jak się rozmawia przez rzekę stojąc po przeciwległych jej brzegach „

Różowy Wodnik: Czym jest dla Pani Terespol, Brześć i wschodnia część Polski?

Justyna Lipecka: Czym jest Terespol nad Bugiem? Bo tak brzmiała jego pełna nazwa. Jest miejscem mego szczęśliwego dzieciństwa. Tam się urodziłam. Miejscem do którego często wracam w myślach i snach, gdzie obecnie jestem tylko gościem. Tak jest już w życiu, że sięgamy pamięcią do swoich korzeni i jest to wartość bezcenna. Wspominają o tym adoptowani, którzy w czasie wojny jako dzieci wzięci na wychowanie przez obcych sobie ludzi, nie znają swoich przodków i nie wiedzą skąd są. Człowiek inaczej, pewniej patrzy na świat jak wie, gdzie są pokoleniowe groby, zna dzieje swojej rodziny oraz zna historię miejsca w którym się urodził. Lubię spacerować po swoim mieście. Cieszą nowe budynki i ulice, ale ja patrzę na stare, drewniane domy, które swoją świetność mają już poza sobą. Wspominam ludzi, którzy tam mieszkali i myślę sobie, że gdyby te domy umiały mówić, to dopiero byłyby opowieści. Będąc już dorosłą osobą odwiedzałam wraz ze swoją ponad osiemdziesięcioletnią babcią groby najbliższych na terespolskim cmentarzu. Prowadząc pod rękę babcię patrzyłyśmy na nazwiska pochowanych tam osób na mijanych pomnikach cmentarnych. Milczałyśmy. Babcia co jakiś czas, wskazując głową na grób mówiła: „O, to był dobry człowiek”. Zrozumiałam wtedy jak ważne są dla mnie cmentarze. Czym innym dla mnie jest Brześć – widoczny po drugiej stronie rzeki Bug. Dziś Brześć należy do Białorusi. Jest miastem, o którym słyszałam opowieści przez całe swoje dzieciństwo. Stamtąd pochodzili moi rodzice i dziadkowie. Pozbawieni przez wojnę i historię wszystkiego co bliskie, często wspominali Brześć i to, co tam przeżyli. Można powiedzieć, że sentyment do miasta wyssałam z mlekiem matki. Żyjąc w Terespolu często się słyszało wspomnienia z przed wojny, kiedy Brześć był polskim miastem a ludzie chodzili tam piechotą do pracy czy szkoły. Nie tylko mieszkańcy Lwowa i Wilna tęsknili za swoimi miastami. Całe wysiedlone Kresy czuły ból po utraconych miejscach na ziemi. Wzruszają opowieści o ludziach, którzy po wojnie chodzili brzegiem Bugu i wpatrywali się w przestrzeń po drugiej stronie i majaczący w oddali Brześć – było ich wielu. Pamiętam, że mój stryj przyjeżdżał motocyklem z Białej Podlaskiej ze swoją nic nie rozumiejącą córeczką i godzinami chodził nad brzegiem rzeki. Był wtedy zamyślony i smutny. Ta atmosfera oraz wspomnienia wykształtowały we mnie sentyment i zainteresowanie Brześciem. Latem ubiegłego roku próbowałam odnaleźć ślady opisywanych w mojej książce miejsc. Wędrowałam po starym Brześciu i przedmieściu Wołynka, gdzie toczy się akcja powieści. Wszędzie tam, pomimo nowoczesności i zmian, czułam obecność duchów tego zaginionego świata i one – wierzę w to święcie – pomagały mi przetrwać czas zniechęcenia i trudności przy pisaniu książki. Jakby szeptały mi do ucha: „Pamiętaj o nas! Przypominaj ludziom, że tu był polski Brześć, tu pozostał polski cmentarz i groby Polaków. Czym są dla mnie wschodnie tereny Polski a zwłaszcza Nadbuże? Są czarowną krainą, do której powracam w myślach. Urzekają mnie rozległe, zielone krajobrazy i niezwykła cisza oraz spokój, który emanuje z przyrody. Tutaj się odpoczywa, myśli i duma nad sensem życia i przemijaniem . Dlatego na lato przenoszę się do swojej leśnej, nadbużańskiej „rezydencji” i tam czuję się szczęśliwa. Tereny te, są nieco senne, uśpione duchowym pięknem natury. Z dala od miast Nadbuże żyje własnym życiem. W tym krajobrazie rezyduje pokoleniowa mieszanka języków, kultur, obyczajów, religii i wyznań . Etnografowie nazywają ten tygiel kulturowy- duchowością wschodu. Zbierając materiały do książki odwiedzałam nadbużańskie wsie, przysiadałam się do przydomowych ławek, zagadywałam starszych ludzi i pytałam o dawne czasy. Bardzo się wtedy ożywiali. Oczy ich robiły się młode i błyszczące. Chętnie opowiadali o swojej młodości, obyczajach. Przypominali sobie dawne pieśni i obrzędy. Był to dla mnie, jako człowieka bardzo wartościowy czas. Zrozumiałam wtedy, że naprawdę jestem stąd- z nad Buga. Czułam, że muszę coś zrobić dla pamięci o tamtym pokoleniu i czasie.

Różowy Wodnik: Dlatego zdecydowała się Pani napisać tę powieść?

Justyna Lipecka: Jestem już dojrzałym człowiekiem i w pewnym okresie życia, po śmierci męża, zadałam sobie pytanie „ co bym chciała robić w życiu?” Pisałam przez całe życie. Były to artykuły do gazet, eseje. Małe formy, bo na więcej brakowało czasu. Pochłaniały mnie inne życiowe sprawy i pasje. Od zawsze byłam regionalistką. Wiedziałam i czułam, że żyję w wyjątkowym miejscu na mapie Polski. Wspominałam już z jakiej rodziny pochodzę i w jakiej atmosferze się wychowałam. Wszystko to wpłynęło na tematykę i umiejscowienie mojej powieści.

Różowy Wodnik: Ile trwała praca nad tą książką?

Justyna Lipecka: Nie spieszyłam się, zbierałam cierpliwie materiały, wtapiałam się w atmosferę przedwojnia i pierwszego roku okupacji. Jak pisałam o „Szlaku Kleeberga” odwiedzałam Muzeum Czynu Bojowego Kleeberczyków w Woli Gułowskiej. Chciałam tam np. dokładnie zobaczyć jak wygląda pistolet „parabellum”, mundury naszych żołnierzy, zorientować się w topografii ostatniej obronnej bitwy „Pod Kockiem” z października 1939 r. Dwa razy odwiedziłam Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i za każdym razem zauważałam coś innego – ważnego dla powieści. Spacerowałam indywidualnie po Warszawie z doskonałym warszawskim przewodnikiem, który opowiadał i wskazywał mi miejsca, które mogli widzieć bohaterowie mojej powieści. Sprawdzałam jak się rozmawia przez rzekę stojąc po przeciwległych jej brzegach. Oczywiście dużo czytałam literatury wspomnieniowej z okresu przedwojnia i pierwszego roku wojny, nasączałam się tym czasem. Żeby np. napisać parę zdań o tym, jak była ubrana bohaterka powieści, długo oglądałam stare zdjęcia z okresu międzywojennego, czytałam o modzie. Nie ukrywam, że mnie to wciągało ponad miarę i trwało. Pisanie powieści historycznej to nie jest poświęcony krótki lub długi czas – jest to proces, który wciąga twórcę do tego stopnia, że zdziwiony jest czasami swoim istnieniem tu i teraz w XXI wieku.

Różowy Wodnik: Co czuje Pani patrząc na rzekę Bug, a szczególnie na jej drugą stronę?

Justyna Lipecka: Odpowiedzią na to pytanie niech będzie mój komentarz do wystawy fotograficznej pt. „Bug w Obiektywie” autorstwa Lecha Mazura. „Bug to rzeka – zielona władczyni, która nikogo o nic nie pyta. Płynie od wieków bez przerwy i bez wytchnienia. Nikt nigdy nie wie jaka będzie. Wyleje na nadbużańskie pola i łąki, da złowić rybę czy pożałuje, wciągnie wirem w swoje podwodne królestwo czy wypuści. Jednego władczyni nie może zabronić – patrzenia na jej tonie i zachwycania się jej widokiem, zmiennością, przestrzenią i szumem. W tej ciszy, spokoju i dostojności dumania nad przemijaniem i sensem życia. Tęsknoty za jej widokiem w odległych stronach ze świadomością, że po powrocie – ona tam będzie wiosenna, letnia, czy skuta lodem, zawsze piękna, dzika i wierna. Patrząc na białoruski brzeg rzeki czuję żal, że nie mogę częściej odwiedzać Brześcia, który dzisiaj jest urokliwym miastem, zwłaszcza najstarsza jego część. Żeby tam pojechać, potrzebna jest wiza i paszport. Przekroczenie granicy stanowi dla niewprawionych turystów nie lada wyzwanie, prawie że koszmar. Wielogodzinne oczekiwanie na odprawę i kilkakrotne sprawdzanie dokumentów zniechęcają skutecznie.

Różowy Wodnik: Ale prawdziwej miłości i pasji nic nie zniechęci- jak mawiają mądrzy ludzie. Dlatego powodzenia w dalszym eksplorowaniu dziejów.

fot: archiwum Justyny Lipeckiej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *