Daria Galant

Ze zbioru opowiadań pt: „Kobieta o oczach rzeki”

„Zimowe popołudnie”

Mroźnym porankiem zimowym nad rzeką wschodziło słońce. Pomarańczowa kula odbijała się od białego nieba i tworzyła kontrast z zielonymi, zmrożonymi drzewami pobliskiego lasu iglastego.

Las z igieł widniał przy tym wschodzie, jak biały posąg, który za chwilę ma być ożywiony.

Z widoku przebudzenia, ubarwionego na pomarańcz, biel, błękit i lekkie odcienie liliowego koloru uśmiechała się radość i chłodna zaduma nad światem.

Zima surowa w białych, majestatycznych strukturach, szlifowała formę nadchodzącego dnia.

Jana siedziała nad rzeką. Przywlókł ją tu ból. Czuła go od drugiej trzydzieści w nocy. Zatem początek dnia powitała łapiąc w nozdrza mroźne powietrze.

Problemem była głowa. Puchła i bolała. Otępiona, stuknięta, zabandażowana, nieswoja. Jana czuła odrażę do bolącej części ciała.

Uważała, że to złośliwość ze strony głowy. Że robi jej na przekór.

– Chciałabym żyć bez bólu- powiedziała w rozmowie ze swoją córką Kersten.

Kersten patrzyła niemo. Niemy wyraz twarzy był zgodny z jej osobowością. Cicha. Ciemna. Zimna. Jak nie człowiek. Jak przyroda, gdy się gniewa.

Jana zastanawiała się czasem, czy jej córka jest człowiekiem. Czy jest ludzka? Czy bije w niej ludzkie serce?

Lecz nie była nawet zwierzęca. Nie pozostawiała po sobie żadnych śladów życia. Żadnej esencji. Nie miała emocji. Nie miała instynktów. Nie zastanawiała się, ani nie gniewała.

Potrafiła jednak słuchać. Czy jednak tylko trwać w bezruchu?

Jana tego dokładnie nie wiedziała. Nie wiedziała również, dlaczego obraz Kersten pojawił się podczas patrzenia na wschód pomarańczowego słońca nad Bugiem.

Rzeka szumiała powoli. Pod spodem. Zimowe kry nastawiały kurs powolnego biegu podziemnej, w tych okolicach, wody.

To tak, jak pewien element świadomości, wpada nagle w koleiny podświadomości i gna nimi już dalej. W niewiadomym kierunku.

Świadomość jest córką. Podświadomość- macierzyństwem.

Kersten była Holenderką. Jana również. Lecz Jana wiele lat temu zmieniła miejsce zamieszkania. Sprowadziła się do Polski. Tu kupiła niewielkie gospodarstwo. W sąsiedztwie dużej rzeki. Chciała bowiem otworzyć młyn wodny w starym stylu. W Holandii takie rzeczy są modne. Ekologiczne i z klasą.

Polska była tania, a Jana nie miała wtedy pieniędzy. Jej mąż zabrał wszystkie oszczędności i uciekł przed wierzycielami. To był trudny czas. Kiedyś spotkała w lesie na grzybach Nową Mieszkankę. Poczuła wtedy, że nie jest sama z nieszczęściem. Że są ludzie tak samo zaskoczeni drugim człowiekiem, jak Jana.

Zamyśliła się, patrząc w zimową rzekę. Rzeka dawała odpocząć. I dawała ochłodę myśli.

Bolące wspomnienia na chwilę odpuszczały. Nowa Mieszkanka chciała się z Janą spotkać. I rozmawiać o dawnym życiu.. O nieszczęściu. Była to dla niej terapia. Dla Jany nie. Jana miała cały ten przeszły czas w głowie. Siedział tam od dawna.

Gdy Jana dowiedziała się o ucieczce męża, popadła w stan załamania. Ziemia osunęła jej się spod nóg. Przestała widzieć sens. Nadszedł lęk i otoczył ją z każdej strony.

Wtedy właśnie zaczęła boleć głowa. Najpierw trochę. Nieznacznie. Lecz ustawicznie. A potem ból nabierał siły. Aż stał się okresowy. Gdy się już rozkręcił, trwał dwa, trzy tygodnie. Bez przystanku.

Było ciężko. Jana modliła się i płakała. Gorące łzy wzmacniały odczucie bólu.

Poza tym płakała nad swoją naiwnością. Nad stratą pieniędzy. Nad wszystkim, co pochodziło z Holandii. Nad Kersten też.

Ból głowy przyniósł depresję. Wtedy już wszystko stało się niemożliwe. Depresja kazała udać się w odosobnienie. Do szpitala.

Dlatego mała Kersten (a miała wtedy trzy lata) trafiła do rodziny zastępczej. Czekała aż matka wyjdzie spod lekarskiej opieki.

– Nie jestem dobrą matką- myślała o sobie Jana. Kiedy wyszła poza szpitalne mury, napady migreny były jeszcze silniejsze. Szczególnie w okresie, gdy nie mogła znaleźć wspólnego języka z córeczką. Czteroletnia Kersten krzyczała:

– Ja ciebie nie znam. Nie znam. Nie rozkazuj mi. Ja ciebie nie znam!

Migrena nadchodziła na drugi dzień.

Zaraz po tym, jak mąż uciekł z pieniędzmi i zostawił ją z długami, Jana podczas ataków bólu pisała do niego listy. Pisała o bólu głowy, nie o swoim żalu. Opisywała lekarstwa, jakie zażywa i co zaleca jej lekarz. Opisywała, na jaki okres wyłącza ją ból z życia zawodowego. Pisała, że odrzuciła marzenia o młynie w Holandii. Bo nie ma na to siły i nie ma kto jej pomóc w tym ogromnym przedsięwzięciu.

Kersten siedziała na dziecięcym, wiklinowym łóżku i patrzyła, jak matka pisze.

Pisała te listy całymi godzinami. Pochylona nad lampką przy stoliku kawowym. Odrętwiała z powodu niewygodnej pozycji. Musiała jednak podzielić się przecież z kimś swoją chorobą.

Gdy Kersten próbowała coś powiedzieć, matką ja uciszała.

– Milcz proszę. Muszę pisać- mówiła odwrócona do córki plecami. Roztrzęsiona pisaniem i kolejnym listem. Skoncentrowana na braku odpowiedzi na swoje listy.

Potem, chyba było to po, terapii lekarstwami antydepresyjnymi, Jana postanowiła działać. Kupiła nad pewną dużą rzeką polskie gospodarstwo. W amoku chemicznego szczęścia. Mówiono przecież na terapiach, aby działać.

Zadziałała.

Euforia trwała trzy tygodnie. A potem nadszedł ból. Pierwszy ból w Polsce.

– Więc tu jednak też boli?- zasmuciła się Jana. I popadła w otępienie.

Młyn wodny został tylko marzeniem i wspomnieniem marzenia. Narysowany na planach. Schowany do biurka.

Jana chodziła nad rzekę, bo wilgoć i zapach wody, w delikatny sposób uśmierzały cierpienie. Lub dawały taką ułudę.

Pierwszy ból w Polsce zjawił się latem. Gorące powietrze jeszcze bardziej przerażało roztargnioną gniewem na własną głowę kobietę. Aby ochłodzić ten gniew, pobiegła ad rzekę, gdzie wstawał świt.

I tak już pozostało. Przychodziła nad rzekę, spowita bólem, aby odnajdować chociaż nikłe poczucie ulgi.

Kersten należała do córek, które nie pomagają w chorobie. Milczeniem dawała wyraz obojętności. Tak pojmowała to Jana. A przecież Jana potrzebowała pomocy.

Kersten mówiła:

– Z bólem musisz żyć. Tak teraz uczą. Naucz się i zrozum ten ból. I lecz go.

Cała pomoc.

Chłód jej rozumowania pokrywał się z chłodem znad rzeki. Może dlatego Jana czuła się tu dobrze. Nie dlatego, że lubiła ten chłód, ale dlatego, że go po prostu znała.

Ból naciągał nagle. Gdy najmniej się spodziewała. Nadciągał również, gdy się spodziewała. Naciągał wszędzie. I nadciągał zawsze.

– Kim byłabym bez migreny- pytała Jana rzekę. Trzymała się za głowę. Jej oczy przestawały widzieć, a ona słyszała tylko kojący szum.

– Byłabyś światłem i cieniem zarazem. Byłabyś mgłą i jasnością słońca. Byłabyś życiem- szepnęła rzeka.

Jana podniosła zamglone oczy, wydawało jej się, że słyszy ciche słowa. Na moment, na tę krótką chwilę przestała odczuwać boleści. Tak dobrze się jej wtedy zrobiło.

– Zechciej tym być, Jano. Prosi cię o to woda. Prosi cię jej nurt. Dwa przeciwstawne istnienia.

Kobieta patrzyła w drżącą toń.

– Jestem matką. Jak ty, Jano. Płynie we mnie dobro. I płynie we mnie szaleństwo. Połączyłam je w jedno. W moje dziecko- blask. Zrozum te przeciwieństwa, a pokochasz je- szumiały wodne trawy.- Przeciwstaw się swojej dręczącej emocji

Prosi cię o to rzeka

Prosi cię o to jej blask. Jej szum

Słowa rozpłynęły się w pomarańczy wschodzącego słońca. Blade niebo zaczęło odliczać godziny do zimowego popołudnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *