Beata Banasiewicz (tekst/foto)

True blue bush week, czyli co wydarzy się w buszu zostanie w buszu

Zobaczyłam niedawno zabawną mapę świata. Jej autor, używając włóczki, stworzył szablon, którego kształt przypomina kota bawiącego się piłką bądź motkiem. Tą piłką bądź motkiem jest właśnie Australia, znana jako Oz, Aussie, Terra Nova, Down Under, Ziemia Południowa, czy pierwotnie Nowa Holandia.

Australijscy Aborygeni (Aborygen: ten, który był tu pierwszy), których przybycie do Australii datuje się na 70-65 tysięcy lat wstecz, są zatem najstarszymi artystami świata. Malowidła naścienne w jaskiniach Uluru, leżącej na terenie Parku Narodowego Uluru-Kata Tjuta w Terytorium Północnym, przedstawiające ich przodków, każdego roku rytualnie odnawia naturalnymi barwnikami (ochra, sadza, węgiel, wapień, czy glinka) plemię Anangu, do którego należy ta ziemia. Anangu są strażnikami wizerunku przodków. Trudno nie ulec ich opowieściom o Czasie Snu (Dreamtime) podczas, którego duchy przodków Tęczowego Węża, Człowieka Groma, Wandjiny czy Siostry Wagilak nadały kształt Ziemi. To od nich pochodzą wszystkie elementy natury, ciała niebieskie, flora, fauna oraz ich potomkowie. Wszystkie istoty i rzeczy na Ziemi są jednakowo ożywione świadome

i powiązane.

Aborygeni nie wierzą w przyszłość i przeszłość. Mówią, że czas jest teraz

a portalem, przez który kontaktują się z przodkami, jest sen. Od czasów gdy 1770 roku

w Zatoce Botanicznej na północno-wschodnim wybrzeżu swoją nogę postawił angielski kapitan James Cook, nie zważając na słowa rdzennych mieszkańców: „warra, warra”( co oznacza „odejdź stąd”), dziś żyje zalewie 500 tys. Aborygenów. Stanowi to dwa procent całej ludności Australii. Aby oddać ogrom ich tragedii wspomnę tylko, że do roku 1984 nie mieli praw wyborczych. Pozbawiono ich ziemi, tożsamości i narodowości. Według niektórych źródeł do połowy lat 60 XX wieku wpisani byli do oficjalnej Księgi Flory i Fauny, co oznacza, że nie byli uznani za ludzi i nie mieli praw obywatelskich. Dopiero w 2008 roku premier Australii wygłosił w parlamencie przemówienie, w którym przeprosił Aborygenów za dyskryminację i prześladowania. Zresztą polityka imigracyjna Australii, która nastąpiła po czasie „skazańców” również zapisała się czarną kartą we współczesnej historii świata. Stosowana przez władzę polityka Białej Australii (White Australia) spowodowała, że Brytyjczycy stanowili 90 procent imigrantów do czasów II wojny światowej.

Dopiero w roku 1973 do Australii zaczęła przybywać ludność azjatycka głównie z Singapuru, Malezji, Hongkongu i Tajwanu. Dziś co czwarty mieszkaniec Australii urodził się poza granicami kraju, co ma odzwierciedlenie jej w multikulturowym charakterze.

Pisząc o „nowej”, niespiesznej, przyjaznej, zrelaksowanej, uśmiechniętej, wielokulturowej, otwartej, tolerancyjnej Australii nie można pominąć tych dramatycznych faktów. Dla Starego Kontynentu nie ma przyszłości bez korzeni, przeszłości, tradycji

i pamięci. Trzeba jednak przelecieć 15 585 tys. km, by przekonać się, że świat „do góry nogami” wcale nie jest taki oderwany od mitologicznych przodków. Są miejsca, które

w młodzieńczej odwadze i na rewolucyjnej nucie piszą dialog między „było, jest i będzie”. Do jednego z nich z pewnością należy Redfern, dawniej przedmieście, dziś dzielnica Sydney. To klimatyczny patchwork, tkanka miasta, na który składa tradycja, historia

i trendy. Znajdziemy tu poruszające murale opisujące początek początków, ale też bloki przypominające warszawskie mrówkowce za Żelazną Bramą. Osiedla-klatki sąsiadują

z kolonialnymi kamieniczkami w stylu londyńskiego Portobello Rd, kultowymi kawiarenkami i zakładami rzemieślniczymi. Tu bardziej, niż gdzie indziej, czuć też bańkę mydlaną, w której żyją napotkani Aborygeni i imigranci, którzy w XIX w. znajdowali tu swój pierwszy dom. Patrzą jak przed ich oczami wyrasta nowy świat, perspektywa się zmniejsza, a zoom miasta pożera ich tożsamość. Jest też mur naprzeciwko podmiejskiej stacji kolejowej, który łączy lokalnych mieszkańców i turystów. Językiem street artu opowiada historię, będącą kontynuacją starych, odpryskujących, dogasających aborygeńskich murali. To znak, że modzi Australijczycy, gdzie każdy jest skądś

i jednocześnie stąd, patrzy w przyszłość na chilloucie koali, ale jednocześnie z pokorą

i szacunkiem odrabia lekcję historii. Udaje się to właśnie poprzez interaktywną sztukę wkomponowaną w przestrzeń publiczną.

Być w Sydney i tu nie być, to grzech. Tak mówili. Przejechałam całe miasto (10 km), by zobaczyć ten osławiony obraz: Bondi Beach. Jej nazwa pochodzi od słowa boondi, co

w języku zamieszkujących te tereny Aborygenów oznacza „hałas wywołany uderzeniem fali”. Z każdej strony słychać australijski slang: „don’t worry, mete, brekky, barbie, cozzie, cuppa, mozzie, oz, kiwi, relos, roo, tinny, true blue bush week”. Sydnejczycy w każdym wieku, po pracy i po szkole, zjeżdżają na plażę, by spędzić miło popołudnie. To coś

w rodzaju naszego pikniku za miastem. Nie ma jednak plażowania dla samego leżenia plackiem. Jest za to książka, piwo, skatepark, spacery samotne lub z psem, jogging no

i… oni, surferzy. Siedzą, najczęściej w grupach, na swoich deskach i prowadzą small talk. Woda kołysze ich wysportowane ciała, a oni czekają na tąnajwiększą falę, która nie nadchodzi. Kiedy już się nagadają, czasem spojrzą za siebie i ostatnim rzutem na taśmę, czyli przed końcem dnia, przybierają korzystną pozycję i długo nie myśląc, aż ktoś inny zabierze im falę, zaczynają ujeżdżanie. Szczerze mówiąc, znalazłam na tym rajskim skrawku ziemi ciekawszy obiekt do podziwiana, a mianowicie betonowy mur – falochron, który okazał się niekończącą galerią sztuki. Każdy mural to społeczny, kulturalny, historyczny, polityczny, ekologiczny lub osobisty przekaz. Street art jest mocno zakorzeniony również w wąskich, ubocznych uliczkach China Town nieopodal słynnego Paddy’s Market oraz w Darlinghurst. Sercem tej dzielnicy jest Oxford St.. Kolorowa, wyzwolona, queerowa, nowoczesna arteria, znana chociażby z parad ulicznych Mardi Gras. Tu znów kolonialne kamieniczki wiodą wspólne życie z industrialnymi, na wpół opustoszałymi budynkami na fasadach, których góruje sztuka ulicy. Obok siebie markowe butiki, ekskluzywne galerie sztuki nowoczesnej oraz vintage kuszą portfele turystów. Wszystko odbywa się w towarzystwie oszałamiająco fioletowych drzew kwitnącej jakarnady. Nie ma co ukrywać, australijska przyroda jest najpiękniejszym spektaklem świata. Zmieniają się tylko pory roku.

Jak mówią miejscowi, jedyna rzecz, na którą nie możesz się przygotować w Sydney to pogoda. Z uwagi na swoje położenie, między Pacyfikiem na wschodzie i Górami Błękitnymi na zachodzie, aura w ciągu dnia zmienia się w mieście bardzo dynamicznie. Historyczny Port Jackson jest największą na świecie naturalną zatoką i portem jednocześnie. Codziennym widokiem są ludzie jadący rano do pracy w koszulach, ale

z kurtką puchową pod pachą i parasolem w ręku. Mi również dane było skosztować

w ulewnym deszczu rejsu promem na wyspę Manly, spaceru Królewskim Ogrodem Botanicznym oraz marsjańskiego, opustoszałego widoku „jej królewskiej mości” Opera House, którą w 2007 roku wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Tak, to jest arcydzieło architektury, w każdym milimetrze. W dodatku na dachu, który ma kształt żagli zamontowano ponad milion szwedzkich płytek ceramicznych lśniących niczym rybie łuski. Można wpatrywać się w nią godzinami, a za każdym odkryje się nowy detal, który porusza

i zachwyca. Podobnie jak jej zaczarowane wnętrze. Przynajmniej ja czułam się tu jak Alicja w krainie czarów. W dodatku herbatkę u Beethovena serwują w filharmonii w angielskiej porcelanie. Nie mniejszym aktem rozkoszy dla duszy i ciała jest sydnejskie Museum of Conterporary Art (Muzeum Sztuki Nowoczesnej) usytuowane niemal naprzeciwko Opera House, do którego wiedzie kilometrowy Writers Walk (aleja sławnych pisarzy. To kilkadziesiąt mosiężnych tablic wmontowanych w płyty chodnikowe z nazwiskami, tytułami dzieł oraz cytatami. Wśród nich Joseph Conrad, a właściwie Józef Teodor Konrad Korzeniowski herbu Nałęcz – angielski pisarz i publicysta polskiego pochodzenia. Częstym widokiem tu są artyści, którzy tworzą obrazy, zbierając przy okazji „drobne” na co tylko przyjdzie im do głowy. Mnie bardziej skusiła jednak „Primavera 2018”, doroczna wystawa w MCA, która zgromadziła ośmiu najbardziej ekscytujących młodych artystów pracujących w Australii, stawiając przed nimi pytanie: „Dlaczego tożsamość jest dziś ważna?”. Czas był również motywem przewodnim ekspozycji „Today Tomorrow Yestetday”, która opowiada historię ciągle zmieniającej się natury sztuki współczesnej oczami współczesnych artystów australijskich, aborygeńskich i z wyspy Torres. (www.mca.com.au)

Podobnie jak australijska przyroda, każdy urbanistyczny kadr Sydney zasługuje ma miano dzieła sztuki. Wspomnę choćby „pejzaż” kolonialnego nabrzeża dzielnicy The Rocks, który współtworzy impresjonistyczne światło odbijające się od szklanych fasad drapaczy chmur. W myśl powiedzenia, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, w drodze powrotnej do domu zajrzałam jeszcze do State Library of New South Wales, by obejrzeć poruszającą wystawę Sydney Elders. To osobiste historie wujka Chicka, cioci Esme, cioci Sandry i wujka Dennisa, Aborygenów z Sydney, którzy kontynuowali dziedzictwo swoich przodków, aktywnie przyczyniając się i tworząc Sydney.

Biblioteka stanowa to przede wszystkim niewyczerpana skarbnica wiedzy o Sydney, zapisana na płótnie. Zgromadzono w niej i udostępniono dla zwiedzających ponad 300 oryginalnych prac z unikalnej kolekcji obrazów krajobrazowych i portretowych. Wybrane obrazy sięgają 1790 roku po czasy współczesne. Wystawa przedstawia portrety niezwykłych i codziennych, rzadkich i niedawnych widoków Sydney i portu, podmiejskich uliczek oraz rozrastających się przedmieść. (www.sl.nsw.gov.au) Jeśli ktoś zatrzyma się w Sydney na dłużej, polecam wizytę m.in. w Australian Museum, The Rocks Discovery Museum, Anzac Memorial, White Rabbit Gallery, Hyde Park Barracks Museum czy Sydney Jewish Museum.

Sztuka australijska to temat tak obszerny jak australijski busz, który zaczyna się tuż za domem, a kończy „za siedmioma górami”. To zdecydowanie plan na wielką włóczęgę po artystycznej mapie Oz. Tymczasem moja podróż „do góry nogami” dobiegła końca. Ośmielona zainteresowaniem odbiorców, współczesna sztuka australijska cieszy się coraz większym powodzeniem w kraju i na świecie, a prace artystów aborygeńskich osiągają na aukcjach milionowe notowania. Aborygeński świat mitów i legend inspiruje i mocno oddziaływuje na młodych artystów australijskich, otwiera ich serca, by szukali własnej tożsamości. Aborygeni budzą się ze snu, odzyskując należny im szacunek i uznanie

w świecie admiratorów sztuki. To wspaniała podróż na trasie past – today (wczoraj – dziś).

One thought on “Australia napisana przez Beatę Banasiewicz”

  1. Zachecam tych ktorzy zainteresowali sie Australia do kontynuowania podrozy po tym niezwyklym kraju delektujac sie slowem pisanym wspolczesnego pisarza australijskiego Richard Flanagan , kawalera Man Booker Prize.
    Z polskich tlumaczen spotkalem sie w ksiegarniach z „Klasnieciem jednej dloni” , „Pragnienie” czy ” Wedrowki Polnocy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *