Każdy powód jest dobry, by odwiedzić Toskanię o każdej porze roku. Sezonowa, prosta kuchnia czy średniowieczne, malowniczo położone, miasteczka pośród cyprysów, gajów oliwnych i winnic. In vino veritas, czyli w winie prawda. To włoskie leje się strumieniami jak kraj długi i szeroki. Zatem podróż krętymi drogami, nasłonecznionymi wzgórzami, eterycznymi dolinami jest prawdziwą podróżą w poszukiwaniu sztuki.

Kiedy raz przyjedziesz do Toskanii, skradnie twoje serce już na zawsze. Miałam szczęście poznać jej oblicze wiosną, wczesną jesienią oraz zimą. Smakuje zawsze tak samo: chlebem z oliwą. Tym razem to jednak nie kulinaria były moim celem, chociaż każda napotkana tawerna kusiła obłędnym zapachem. Moja wina, ulegałam. Chociaż może wcale nie tak daleko pada jabłko od jabłoni. Właśnie nasunęło mi się skojarzenie z psami rasy lagotto romagnolo wytrawnymi tropicielami najlepszych toskańskich trufli. Jak one w las, tak ja ruszyłam na freskobranie.

Gigantycznych rozmiarów, bogato zdobione freski, malowidła naścienne i sufitowe stanowią swoiste DNA Toskanii. Wystarczy kupić bilet i odstać swoje (bywa, że nawet kilka godzin), aby cieszyć oczy duchowymi rarytasami skrywającymi się za grubymi, chłodnymi i ciemnymi murami kapliczek, kościołów, klasztorów, bazylik i katedr od Florencji po San Gimigiano i dalej za horyzont. Zapewniam strawa ta smakuje równie obłędnie co bistecca alla Fiorentina czy tatar z chianiny serwowany z płatkami trufli. Nie chcąc być jednak posądzoną o bluźnierstwo od tej chwili o kuchni „sza”!

Freski to jak spacer z ukochaną osobą. Człowiek jest w nieustającym zachwycie, głośno wzdycha, wzrusza się, uśmiecha do siebie, wpatruje bez końca. Każde pociągnięcie pędzlem zdradza skrywane od wieków tajemnicze techniki artystów. Nierzadko tak się można zapatrzyć, zadzierając głowę, że nabije się guza o średniowieczny czy renesansowy mur. W głowie aż się kręci od emocji i piękna, które tak ulotne, a przetrwało do XXI wieku. Toskania to kraina malarzy, geniuszy. Tu każdy kamień, skrawek muru, ulicznego bruku po imponujące budowle wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jest dziełem sztuki. Jeśli nie mamy tak dużo czasu, by stać w kolejce np. do Katedry Santa Maria del Fiore we Florencji, gdzie ze szczytu kopuły można podziwiać panoramę całego miasta, warto poddać się spacerom wąskimi, brukowanymi uliczkami, które są przykładem włoskiej freskomanii. Niemal na każdym rogu znajdziemy zabezpieczone pod szkłem zachowane freski o charakterze religijnym, rzadziej przedstawiające sceny rodzajowe. Zawsze z rozmachem i na bogato, choć niknące za dnia w promieniach słońca. To, co za dnia pobudza wyobraźnię, nocą staje się najwspanialszą, romantyczną schadzką ze sztuką. W tym muzeum pod chmurką trzeba mieć oczy szeroko otwarte, bo nigdy nie wiadomo, za którym rogiem trafimy na prawdziwe arcydzieło. Wszystkie drogi prowadzą jednak do najwybitniejszych malarzy świata: Giotto, Raffaella, Leonardo da Vinci, Michała Anioła, Sandro Botticellego, Tycjana, Rubensa, Rembrandta, Caravaggio, których dzieła znajdziemy m.in. w Galerii Uffizi, jednej z najstarszych galerii Europy, która znajduje się we Florencji. W salach umieszczono także imponującą kolekcję starożytnych rzeźb, w tym kopię Amor i Psyche. Żeby móc w pełni delektować się zbiorami galerii należy dużo wcześniej zarezerwować bilet przez Internet, bo jest mało prawdopodobne, że w dniu przyjazdu dostaniemy go w kasie. Rezerwacja dotyczy konkretnego dnia i godziny wejścia, ale dobra wiadomość jest taka, że bilet ważny przez trzy kolejne dni. To nieoceniony gest wobec tysięcy turystów, gdyż bogactwo zbiorów, zgromadzonych na dwóch piętrach pałacu wznoszonego przez dwadzieścia lat, ich unikalność i światowa sława, sprawiają, że jeden dzień to za mało, by to wszystko przeżyć! Poza tym okna Uffizi wychodzą na rzekę Arno i panoramę Florencji, na którą można patrzeć bez końca. (www.florence.net) Jeśli nie mamy internetowej rezerwacji biletu, cierpliwość będziemy ćwiczyć także przed wejściem do Galleria dell’Accademia, nad którą góruje symbol Florencji – rzeźba biblijnego Dawida autorstwa Michała Anioła. „Kto zobaczy tę rzeźbę, nie potrzebuje widzieć innej, dawnej czy w naszych czasach wykonanej przez jakiegokolwiek artystę” – pisał Gorgio Vasari, włoski historiograf sztuki, architekt, malarz, uczeń i przyjaciel Michała Anioła. (http://www.galleriaaccademiafirenze.beniculturali.it). Prawda. To blisko pięć metrów doskonałego, czystego ludzkiego piękna, odkrytego we wnętrzach starego, marmurowego bloku, którego nikt już nie chciał. Jak mówił Michał Anioł – on tylko odrzucił to co powierzchowne, zbędne, by dotrzeć do serca i ciała Dawida. Michał Anioł potrafił stworzyć idealny posąg nawet ze śniegu! Zwykł mawiać: „Wtedy skończę, kiedy zadowolę sam siebie”.

Obcując z rozmachem geniusza, detalistą i sztukaterystą Michałem Aniołem wciąż czułam niedosyt. Czym prędzej wybrałam się więc nie do jednego a do dwóch muzeów Leonardo da Vinci we Florencji, który pracował na największych dworach Europy dla rodów Sforzów czy Medyceuszy. Zaznaczył swoją obecność w dziedzinie m.in. anatomii, malarstwa, architektury, rzeźby, muzyki, filozofii i pisarstwa. Do dziś przetrwało siedem tysięcy stron jego notatników z rysunkami, szkicami naukowymi i notatkami. Ciekawostką jest fakt, że odkrywca pisał w lustrzanym odbiciu. Jako inżynier, Leonardo tworzył projekty wyprzedzające jego czas, opracowując koncepcje śmigłowca, czołgu czy pierwszego skafandra dla nurków. W przeciwieństwie do wielkiego Michała Anioła, wielki Leonardo da Vinci wielokrotnie nie kończył swoich dzieł, gdyż miał świadomość, iż nie jest w stanie zrealizować wszystkich stawianych sobie celów. Dzięki interaktywnej formie obu muzeów powstały m.in. repliki jego wynalazków, które można testować i rozgryzać do woli. Laboratorium da Vinci oddane w ręce publiczności to technologiczna i artystyczna podróż do przyszłości, zrodzona w bardzo, bardzo odległej przeszłości.

Włoskie arcydzieła sztuki i architektury przyciągają miliony turystów z całego świata. Przyciągają także współczesnych artystów, którzy pozostawiają swój ślad na historycznych murach w formie street artu. Zachęcam zwłaszcza do zabawy w grę uliczną „Sztuka może pływać” razem z florenckim artystą ulicznym o pseudonimie Blub, który reprodukcje klasycznych dzieł sztuki i znane postaci wzbogaca o morskie atrybuty: maskę nurka, bąbelki powietrza i niebieskie tło, które mają symbolizować zatopienie w morskich głębinach. Dla ułatwienia dodam, że najczęściej umieszcza swoje prace na drzwiczkach skrzynek elektrycznych i gazowych, które są zamontowane na fasadach kamienic. Okazuje się, że murale, wlepki, kolaże, graffiti, czyli „freski naszych czasów” doskonale wpisały się w toskański krajobraz nadając jej ponadczasowego charakteru. Przede wszystkim jednak angażują kolejne pokolenia „zwiedzających” w przeżywanie, doświadczanie sztuki tu i teraz, w miejskiej przestrzeni publicznej. Tę intermedialną sztukę do perfekcji opanowała „babcia performance’u” Marina Abramović. Jugosłowiańska artystka od 40 lat, jako wypowiedzi artystycznej, używa swojego ciała, co jak mówi nie udałoby się bez publiczności. Gdzież indziej jak nie w historycznej krainie- perle Toskanii i kolebce odrodzenia sztuki malarskiej- a dokładnie we wnętrzach renesansowego Palazzo Strozzi (www.palazzostrozzi.org), artystka mogła zorganizować wystawę retrospektywną „The Cleaner” (co znaczy „Do czysta”). Abramović swoimi pracami zrewolucjonizowała ideę sztuki performance wystawiając swoje ciało na próbę, badając jej zewnętrzne granice i potencjał ekspresji. Wystawa ma kształt hipnotyzującej podróży, która oferuje publiczności przegląd najsłynniejszych prac, począwszy od lat sześćdziesiątych XX wieku po dzień dzisiejszy, z filmami, zdjęciami, obrazami, obiektami, instalacjami, czy w końcu powtórnym wykonaniem jej słynnych performance’ów przez grupę młodych artystów specjalnie wyselekcjonowanych i przeszkolonych do pokazu. Abramović wykorzystując architekturę florenckiego odrodzenia podkreśla bliską więź, jaką artyści od zawsze odczuwali z Włochami.

Zobaczyć Toskanię, zakochać się w niej i umrzeć. Tak czułam pierwszego dnia i tak czułam jedenaście tysięcy metrów nad ziemią, żegnając się z nią. Do ostatniej chwili odprowadzał mnie bezkres lazurowego nieba, znikające zarysy cyprysów i mieniące się, niczym brylanty rozrzucone po wzgórzach i dolinach, perełki architektury Arezzo, Lucigniano, Sansepolcro, Monterchi, Anghiari, Cortony, Asyżu, Pizzy, Sieny.

Dziś wznoszę toast kieliszkiem Baracchi Brut Rose czyli wina musującego, któremu aksamitny smak i intensywny, różowy kolor nadają najwyższej jakości toskańskie winogrona Sangiovese. I powracam do Toskanii we wspomnieniach…

Beata Banasiewicz (tekst/foto)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *